• Wpisów:14
  • Średnio co: 251 dni
  • Ostatni wpis:10 lata temu, 21:07
  • Licznik odwiedzin:4 144 / 3767 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wybaczcie mi, że długo nie pisałam (jeżeli komuś w ogóle mnie brakowało... ;-))
Miałam pewną smutną rocznicę, a to zawsze wpędza mnie w strasznego doła.
A kiedy jestem w dole – myślę masochistycznie wiele, wspominam stanowczo za wiele, znieczulam się tym, co jest dostępne, i potem znowu od nowa...



Czemu tak żyję?...
Czemu taka jestem?
Czy to wybory, czy podświadomy pęd ku czemuś?...
Czemu tak żyję?

Nie wiem.

Moja prawie-przyjaciółka (bo to jej deklaracja, nie moja) – mówi : bo ty masz w naturze to kurwienie się...
Nie zgadzam się. Nie nazwałabym tego kurwieniem. Z oczywistych względów – to całkowicie nieodpłatne czynności ;-). To tak trywializując. Ale bardziej serio – nie czuję się nimfomanką, kurwiszczem, cichodajką ani żadną z kilku podobnych określeń. Chyba raczej jest tak, że nie mam ani nie narzucam sobie żadnych oporów; kiedy po prostu o czymś (no – o tym ;-)) myślę, mam na to chęć, mam świetną okazję, mam na oku faceta, który mnie kręci – po prostu nie waham się. (Pomijam sytuacje w oczywisty sposób niepewne, niebezpieczne, wątpliwe czy zagrażające – choćby mojej wolności osobistej, jeżeli nawet nie zdrowiu czy życiu).
Korzystam. Używam. Biorę. Daję. I... mam wrażenie, że żyję przez to dosyć intensywnie.


Mój przyjaciel gej mówi : bo ty, laska, po prostu jesteś tak zwana wyzwolona, i robisz to, co lubisz. A seks lubisz zawrotnie.
No – lubię. Lubię po prostu. A jeśli nie jestem z kimś związana, nie jestem zakochana – to lubię go chyba tym bardziej, im bardziej jest on niezobowiązujący, nie sidlący, nie oznacza kontynuacji czegoś, na co może niekoniecznie mam ochotę...
To tak, jakby... (znowu nieco trywializując) – lubić mango – ale niekoniecznie chcieć brać od razu w dzierżawę cały warzywniak.

Bo ty się nie szanujesz – mówi ta moja niby-przyjaciólka. Osoba 28-lenia, która (nie uwierzycie mi!...) do tego wieku wytrwała w nienaruszonej swej cnocie, wcale jednak dlatego, że tak chciała – po prostu... nie zdarzył się jej pierwszy raz w bardziej statystycznym wieku. A później już za każdym razem natychmiast odpalała każdego swojego chłopaka czy faceta, kiedy tylko próbował w całkiem normalny sposób (no – w tym wieku!...) zażyć z nią rozkoszy cielesnych. Po krótkich, niezdarnych i żałosnych tłumaczeniach się chwilowymi niedyspozycjami, strachem przed ciążą, et cetera, et cetera - po prostu zwiewała, gdzie pieprz rośnie. Żaląc mi się potem w mankiet. A kiedy jej desperacja osiągnęła zenit (teraz mi dopiero nie uwierzycie!!!) sama dokonała aktu rozprawiczenia się, notabene ogórkiem, z notabene pieczołowicie naciągniętą prezerwatywą (pestycydy, opryski, szkodliwość chemii dla zdrowia ;-)). Kiedy to usłyszałam – najpierw pożartowałam sobie z niej, myśląc, że i ona w tak niewyszukany sposób żartuje – ale kiedy zobaczyłam w jej oczach nieskrywaną satysfakcję, że teraz-to-i-ona-już-może – to po prostu mnie zatkało, usiadłam i zastanowiłam się nad nią.. Tak nieco... abstrakcyjnie, bo i tak nie mieściło mi się to w głowie. I w zasadzie nie mieści się do dziś, ale mniejsza z tym.
Mam jednak dziwne wrażenie, że ona – mówiąc o mnie – robi to z całkowicie innej bajki. Więc nie przejmuję się tym, a nawet – co ją ogromnie wkurza – serdecznie i ciepło śmieję przy każdej okazji.

Więc – czemu tak żyję?....

Nie wiem.

Moja terapeutka, z której korzystałam w kilku momentach mojego życia – mówiła : bo ty nie chcesz się przyznać przed sobą do tego, że opancerzyłaś się po przejściach, że się boisz kolejnych i żyjesz jednym dniem, jedną nocą... Bierzesz, używasz – i wyrzucasz...
Nie wiem, czy jej wierzyć, Owszem, trzy razy pierdolony los zabrał mi bardzo bliskich, bardzo kochanych facetów, w tym jednego, który był moim życiem. Los ten, zwany : 1) śmiercią w wypadku, 2) zaginięciem, z domyśle również śmiercią, i 3) śmiercią z choroby – być może skutecznie na mnie podziałał, choćby w ten sposób, że teraz faktycznie jest mi ciężko mocno się zaangażować, związać z kimś, uzależnić swoje życie od jego, i różnego rodzaju obawy plus czysty strach długo walczą o lepsze z powstającym uczuciem – ale przecież nie znaczy to, że nie wiązałam się naprawdę szczerze z kimś po tamtych sprawach, że się prawdziwie nie zakochałam... Wiem, że na pewno już nigdy, tak jak w Grześku – ale wiem też, że inna miłość – nie znaczy gorsza... Kiedy się zakocham – daję z siebie wszystko, jestem najuczciwsza, najszczersza, najlepsza dla tego kogoś. Więc tu, terapeutko moja, mylisz się całkowicie.

Mój znajomy (którego karesy odrzuciłam, i nie wylądowałam z nim w łóżku, chociaż dowiedział się o mojej ciemnej stronie bardzo wiele, i wydawało mu się, że może sobie uzurpować prawo do wykorzystania tej wiedzy, szantażując mnie i domagając się 'tego samego' powiedział z wściekłością, w której aż pluł sobie po koszuli : bo ty jesteś jak hiena, uwodzisz kogoś, wykorzystujesz, pożerasz i idziesz szukać następnego.
Też nie. (Raz, że nie znam tak dobrze zwyczajów godowych hien ;-)). Z posiadanej przeze mnie wiedzy – żaden z 'uwiedzonych' przeze mnie nie miał mi tego za złe, haha. Może miał odrobinę żalu, kiedy okazywało się, że nie będzie z tego związku, albo że nie będzie kolejnych razów. Ale „w trakcie”, ani też chyba po, nie zgłaszał pretensji o zazwyczaj rewelacyjny seks.

Więc – dalej nie wiem, czemu tak żyję. Może – jak powiedział jeszcze inny znajomy, niesamowity, mistyczny niemal człowiek, z którym seks zastępowały mi rozmowy, zwierzenia, światło księżyca i splecione dłonie – powiedział mi : nie wyrzucaj sobie niczego. Nie jesteś rusałką, nie wciągasz ich na głębię, żeby utopić. I nie robisz im krzywdy – bo wiem, że dajesz im więcej, niż tylko orgazm. Dlatego tak do ciebie lgną, wracają, chcą jeszcze... Ciebie chcą, nie tylko twojego ciała.

Więc – naprawdę nic nie wiem.

Wasza Nie-rusałka.
  • awatar Sexowna: Hejka...mam prośbe dodaj mnie do siebie do znajomych wtedy gdy napiszesz notke u mnie wyświetli sie twój nowy wpis bo jak nie mam cie to nie wchodez często a lubie czytać twojego bloga..Buźka:*
  • awatar bułka: Jeżeli chcesz wiedzieć, czy komuś Ciebie brakowało, to przyznaję, ze często zaglądałam w nadziei na nowy wpis;). Nie jesteś kurw, nie jesteś hieną. Myślę, że sparzyłaś się nie raz i stąd to postępowanie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
OKI, Bułka mi wjechała na ambicję Pingerówki... ;-)

Zatem – tym razem może opowiem Wam o Maćku, moim chłopaku. Na dłużej, a w sumie na bardzo długo...
Poznałam go na imprezie pożegnalnej mojej kuzynki, która wyjeżdżała do Stanów. Zaczynałam się tam już lekko nudzić, w totalnie zadymionym i łupiącym nie moją muzyką wnętrzu, kiedy zauważyłam wpatrzone we mnie jego czujne oczy. Poważne i skupione. Szybki ogląd jednak zniechęcił mnie do bliższej znajomości – długie włosy, czarna skóra, czarne glany... Ogólnie – typ, za jakimi nie przepadałam, a spotykając – raczej przechodziłam na drugą stronę ulicy. Nie bawiła mnie metalowa muzyka ani jej zagorzali fani. Maciek pomimo mojego bardzo wyraźnego braku zainteresowania podszedł jednak do mnie, częstując jakimś drinkiem i normalnie zaczynając rozmowę. Już nie pamiętam, o czym – pamiętam jednak moje miłe zdziwienie jego elokwencją, swobodą wysławiania się i jakimś wyraźnie wychwytywalnym wrażeniem, że pod tą ostrą powierzchownością kryje się wcale wrażliwy facet.... Z całej rozmowy zapamiętałam właśnie to – owo wrażenie, i niezwykłe, zielono-brązowe oczy Maćka.
Kiedy dojechałam od Agi do siebie, po kilku minutach zadzwonił telefon. Okazało się, że Maciek wydębił mój numer od Agnieszki, na co miała ode mnie z założenia wyraźny szlaban – i dzwonił, bo „tak wspaniale mu się ze mną gadało, że chciał jeszcze”... Jak dodał później – bo nie chciał, żeby nasza znajomość na tej jednej rozmowie się skończyła. I – gadaliśmy kilka godzin ;-) Maciek mnie zdumiewał, zaskakiwał sposobem bycia i swoją dojrzałością, przy jednoczesnym zabawnie młodzieżowym stylu, soczystym – ale nie chamskim - przeklinaniu i opowieściach z życia typowego metala.

Spotkaliśmy się ponownie dużo później, bo tak się ułożyły okoliczności – ale gadaliśmy przez telefon prawie codziennie. I to godzinami... Krok po kroku poznawałam go podczas tych rozmów, i zaczynałam rozumieć, że moje pierwsze wrażenie było bardzo trafne. Miał niesamowitą osobowość. I zaczynała mi się ta znajomość coraz bardziej podobać. Maciek był rozbrajający – na przykład ze swoimi deklaracjami odnośnie uwielbienia seksu, i delikatnym wypytywaniem, jak to jest z tym u mnie – a jednocześnie musiałam przyznać, że pierwszy raz w życiu chyba spotykam człowieka z tak mocnymi zasadami, uczciwością i szczerością wpisaną niemal w geny, prawidłowym kręgosłupem moralnym i charakterem, którego mu po prostu zazdrościłam....

Maciek był tak zabawnie, a jednocześnie serio zazdrosny o moich facetów – o których nie pytał wprost, ale – jak powiedział – których się „domyślał patrząc na mnie”, a ja uczciwie odpowiadałam na jego podchwytliwe pytania. Co jednak jeszcze zabawniejsze – byłam tak samo dziwnie zazdrosna o wcześniejsze dziewczyny w jego życiu. O które pytałam znacznie bardziej otwarcie – jeszcze na etapie 'jesteśmy superkumplami, wszystko sobie mówimy' – i o których on mi równie uczciwie opowiadał, a ja, dziwiąc się własnym reakcjom, słuchałam tego i jednocześnie straszliwie się wkurzałam... ;-)

Spotkaliśmy się w końcu. We Wszystkich Świętych, tak jakoś wyszło. Uderzyło mnie, jak inaczej Maciek na mnie patrzył – choć nadal byliśmy niby na etapie 'kumpel-kumpel'. Jego śliczne zielono-brązowe oczy, takie, jak je pamiętałam, dosłownie mnie połykały. Poszliśmy do knajpy, gdzie znowu miałam okazję poobserwować, jaki ostry Maciek potrafi być dla innych (na przykład – dla bezczelnych, podpitych kolesi, usiłujących mnie wyrwać w drodze z toalety), a jaki ciepły i delikatny dla mnie....
Trochę wypiliśmy, on ulubionego piwa, ja ulubionego wina... Czekałam w podekscytowaniu, jak ten wieczór się potoczy dalej, niejako wbrew sobie postanawiając nie podejmować żadnych działań z mojej strony. Choć – przyznam się, że miałam na niego ogromną ochotę, i to zarówno przez jego ładną, płaską klatkę pod czarną koszulką, zgrabny tyłek, szczupłe palce, oszczędny uśmiech – jak i z powodu tych wielogodzinnych, intymnych bliskością rozmów telefonicznych. Z nich znałam go najlepiej, i – bardzo polubiłam.

Kiedy wracaliśmy w chłodnym powietrzu z baru, rozmowa wyglądała jak te dziesiątki telefonicznych – bez oporów, bez zahamowań, z głębokim pokładem tego, co już o sobie wiedzieliśmy. W drzwiach baru Maciek mnie pocałował – i muszę Wam powiedzieć, że to był taki pocałunek, po którym przez dwie przecznice drżały mi kolana. Może już wtedy kroiło się nam coś głębszego, a może po prostu ten cały Maciek niesamowicie na mnie działał...
Ale – odprowadził mnie pod mój dom, pogadaliśmy jeszcze chwilę – a on nie przejął tzw. inicjatywy. Poczułam się trochę głupio, bo - miałam na niego straszliwą ochotę, po prostu, byłam ciekawa i podniecona tym, jak by się zabierał 'do rzeczy' – a z powodu tego, że na własne życzenie przez większość wieczoru byłam niemal totalnie aseksualna – nie mogłam nagle pokierować sprawą samodzielnie. Pocałowałam go tylko ogniście na pożegnanie – tak, żeby jemu też zadrżały kolana ;-) - i na pozór spokojnie poszłam do siebie. W duchu klnąc jak szewc, lub też - jak czasami Maciek...
Czy miałam wrażenie deja vu, kiedy po kilku minutach zadzwonił telefon?... ;-) Ano, miałam. A znajomy, podniecający głos w słuchawce powiedział mi : już drugi raz jak ostatni idiota pozwoliłem, by coś się skończyło wcale nie tak, jak chciałem... Możesz mi nakopać za niezdecydowanie, ale... wyjdź do mnie. Poczekam do rana.
Śmiałam się cicho do siebie, i byłam po prostu szczęśliwa. Powiedziałam mu : nie, nie wyjdę do ciebie. Ale drzwi są otwarte...
Rzuciliśmy się na siebie już w korytarzu. Maciek jednocześnie mnie całował, zdejmował z siebie kurtkę, obmacywał ściany, żeby zorientować się w ciemności, na co zaraz wpadniemy, i anektował rozpalonymi dłońmi całe moje ciało. Faktycznie, musiałam przyznać, że seks szalenie go bierze...
Nie zawracaliśmy sobie głowy wchodzeniem do sypialni. Maciek ściągnął jedną ręką na podłogę narzutę z sofy, i położył nas oboje na niej. Było mi gorąco, przewidywane doznania powodowały, że autentycznie drżałam – jak szesnastka przed swoim pierwszym razem. Maciek pieścił mnie zachłannie, jak w amoku - ale zauważał wszystkie szczegóły, to drżenie też zauważył. Zinterpretował je jako mój strach, co mnie mimo wszystko rozbawiło, ale z chęcią poddałam się jego czułym zapewnieniom, że nie mam się czego obawiać... Ogromnie podobało mi się, jak brał seks z wszystkimi jego 'przyległościami' – po prostu całym sobą, całą pełnią doznań, pełnymi garściami po prostu. Żadnych zahamowań, pruderii, fałszywej wstydliwości czy krygowania się. Miał piękne ciało – zawsze lubiłam szczupłych facetów, ale u niego to połączenie szczupłości z wysportowaniem (tenis i pływanie), siły z subtelnością dłoni, długich włosów z minimalnym owłosieniem na klatce i rękach – po prostu mnie powalało, był nie tylko atrakcyjny dotykiem i smakiem, ale też – wzrokowo. A lubię zawiesić oko na kształtnym tyłku faceta, prostych nogach czy ładnej linii szczęki – no cóż, ostatecznie jestem tylko kobietą... ;-)

Szaleliśmy na tej podłodze i na tej narzucie dobre dwie godziny. Maciek nie był mrukliwym kochankiem – po pierwszej fazie zamroczenia zmysłami i żądzą, podczas której oboje milczeliśmy, jeśli nie liczyć nieatrykułowanych odgłosów, jakie się nam wyrywały – szeptał do mnie, mówił wprost, jak mu dobrze, pytał o moje doznania, tak samo jak ja krzyczał w tych najbardziej ekstatycznych (wiadomo, jakich) momentach – i bardzo mi się to podobało, nie znoszę milkliwych łóżkowo egzemplarzy, przy których w sumie nie wiadomo, czy im dobrze, czy wręcz odwrotnie.
Maciek był nienasycony – i tu w pełni potwierdziły się jego wcześniejsze opowieści o uwielbieniu seksu (jak zresztą – potwierdzało się wszystko, co mi mówił – to był człowiek, który nie okłamał mnie NIGDY...). Kiedy poszliśmy do kuchni zrobić herbatę – cały wrzątek wygotował się z czajnika, tuż obok mojej pupy, posadzonej na blacie szafki i bardzo intensywnie... zajmowanej przez Maćka ;-).
Kiedy już z problemami zrobiliśmy tę herbatę – zapomnieliśmy jej wypić, wystygła doszczętnie w dzbanku na stoliku, a my w tym czasie doprowadzaliśmy się wzajemnie ustami do orgazmu... Kiedy w końcu poszłam po jakieś soki – Maciek jak duch podążył za mną, głaszcząc moją pupę i mówiąc do niej, jaka jest fantastyczna, jak bardzo go jara i jak szczęśliwa musi być jej właścicielka. Śmiałam się do utraty tchu, o co po takim seksie wcale nie było trudno, opierając się bez sił o ścianę, a Maciek śmiał się ze mną i podkładał pod moje ramiona swoje własne, żebym nie pościerała sobie skóry...
Cały Maciek – szalony, porywczy, a jednocześnie – taki czuły i delikatny... Moje Maciejko ;-)
Kiedy już świtało, zapytał ładnie, czy może u mnie zostać do rana – co wywołało kolejną falę śmiechu i wygłupów. Ostatni raz tej pierwszej naszej nocy miał miejsce na balkonie, przy rusztowaniu z nieheblowanych desek, a listopadowy ziąb wcale nam nie przeszkadzał. To rusztowanie zresztą też nie ;-)
Przytrzymałam mu rękę, kiedy szukał w pokoju gumki na swoje włosy – a wtedy on mnie jakoś tak rozbrajająco zapytał, czy nie przeszkadza mi to, że ma dłuższe włosy, niż ja – dla mnie kolejny powód do rozczulenia i zachwytu nad nim. A prawda była taka, że mnie rajcowały te jego długie, pachnące, zadbane włosy, jak nie wiem – i całkiem po babsku mu ich zazdrościłam. :-) Kiedy mu to oględnie powiedziałam – zawsze przy spotkaniu ze mną od razu zdejmował tę gumkę, choć sam nie lubił nosić rozpuszczonych włosów. A ja po jakimś czasie nawet zaczęłam perfidnie zachwycać się przy nim ogolonymi prawie na zero chłopakami, rzecz jasna - żeby go trochę podkurzyć i wybadać, ale i tak nie dawał mi sobą manipulować, bo po prostu odrzekł, że jak tylko chcę – następnego dnia przyjdzie obcięty na dwa milimetry. No i jak mogłam się w nim nie zakochać?... ;-)
Stało się to szybciej, niż się spodziewałam – i usłyszałam to najpierw ze swoich własnych ust, a dopiero po jakimś czasie – z jego, choć wszystko w jego zachowaniu mówiło mi to już dużo wcześniej. Ale to był cały Maciek – dla niego miłość była czymś dużo ważniejszym, niż deklaracje i swobodne ich rzucanie. Kiedy mi to powiedział – wiedziałam, że tak jest – i to do końca, bez reszty. I kiedy mi mówił, że zrobi dla mnie wszystko – wiedziałam, że oznacza to dokładnie : wszystko. A kiedy po moim wypadku samochodowym płakał, że wolałby sam przez to przechodzić – wiedziałam, że tak jest.
  • awatar bułka: Heeeeeeeeeej, gdzie jesteś?:)
  • awatar DwieWeMnieJednej: To i ja Tobie współczuję, D-ość. Bardzo. A życie jakoś lubi sobie popłatać mi tego typu niespodzianki niespodzianki. No, never mind. Czyli - jednak dobrze kojarzyłam Cię z medycyną! :-)
  • awatar dość: Oj,przykro mi bardzo.Wiem jaka to straszna choroba i jaka strata bo sama straciłam bliską mi osobę w wyniku raka,a oprócz tego sama miałam podejrzenie nowotworu mózgu,no i tak jak dobrze się domyślasz-mam wykształcenie w zasadzie medyczne że tak to ładnie ujmę ;) Echh widocznie tak miało być,życie lubi płatać takie bolesne niespodzianki
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Kochani, średnia ze mnie użytkowniczka Pingera... ;-) Zdaje się zablokowałam komentarze - a nie mam pojęcia, jak. Jak?... I - co ważniejsze - jak je odblokować?....
  • awatar bułka: Zarejestrowani mogą, tylko na razie nie mają do czego;)
  • awatar DwieWeMnieJednej: O, dzięki, Aneczka :) Cały czas kombinuję, i szukam - znalazłam te ustawienia, ale nie wiem, czy teraz komentarz mogą dodać tylko zarejestrowani (taką opcję włączyłam), czy niezarejestrowani też?.... No, okaże się ;-)
  • awatar Gość: wejdz w ustawienia
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Hmmm... Przeglądałam w myślach teraz moje tak zwane przeze mnie „jedne razy”... ;-) czyli – jak się pewno domyślacie – jednorazowe przygody z łóżkiem w tle.
Co ciekawe – było ich trochę, oczywiście :-) - ale w zasadzie wszystkie wspominam bardzo miło, sympatycznie, coś mi dały – oprócz tej oczywistej przyjemności łóżkowej... Choćby – te miłe wspomnienia do teraz. Ale – częściej – wszystkie one miały jakąś fajną otoczkę, coś, co sprawiało, że nie było to całkowicie przypadkowe bzykanie się z całkowicie przypadkowym gościem, bo „akurat była okazja”...

I wśród tych „jednych razów” nagle przypomniał mi się Zbyszek. Zbyszek „od szmat” :-D – bo pracował wtedy w sklepie tekstylnym, to znaczy – wiecie, z takimi materiałami i firanami w metrażu i w ogromnym wyborze... Nie był typem szczególnego amanta wizualnego – może nawet wręcz odwrotnie...;-) Miał przeciętną aparycję, nieco murzyńskie, grube wargi, małe oczka, zawsze za dawno obcinane włosy... Ale – miał też wyjątkowo przyjemny, niski timbre głosu, i zniewalające poczucie humoru. Te dwie rzeczy właśnie chyba zwróciły moją uwagę, kiedy po coś tam w tym jego sklepie czekałam, a on cierpliwie – acz już w górnych granicach tej cierpliwości – bez końca obsługiwał wyjątkowo wybrzydzającą paniusię w kapelutku, której żadne wzory z pięciuset pokazanych serwet nic a nic się nie podobały. Odpływałam gdzieś myślami podczas tej ich nudnej konwersacji – kiedy przebił się do mnie jego tekst, wstawiony bardzo uprzejmym głosem pomiędzy informacje o składach tkanin - o tym, że w takim razie bardzo żałuje, ale wzoru trupich czaszek akurat na stanie nie posiadają. Nasze oczy się spotkały – i zobaczyłam w nich diabelskie iskierki, oraz zaraz po nich – nieme porozumienie. Paniusia – o dziwo – ten skrajny żarcik jakoś kupiła, i zaczęła jeszcze tłumaczyć, że ależ nie, że ona jednak bardziej kwiaty... Kiedy wreszcie wyszła – śmialiśmy się z niej po wariacku, całkiem już jak dobrzy znajomi.

Zbyszek był fantastycznie wyluzowanym gościem, podchodził do życia z taką jakąś ironiczną rezerwą – ale i umiejętnością dostrzegania wszystkich istotnych jego niuansów... Podobało mi się to. Tak samo, jak podobało mi się w zasadzie wszystko, co mi o sobie opowiedział – jakoś tak mimochodem, pomiędzy kolejnymi żartami, wygłupami i dykteryjkami o co lepszych klientkach. Może ujęło mnie to, że miał hrabiowski rodowód ;-) (a miał, naprawdę), może to, że miał dziecko z małżeństwa, które skończyło się rozwodem już w kilka miesięcy po ślubie – a zaczęło tylko dlatego, że jego partnerka była w ciąży – i opowiadał o tym dziecku z najwyższą miłością i najprostszą czułością... A może to, że naprawiał dach swojego domu, siedząc okrakiem na kalenicy – skąd zleciał z wielkim hukiem i efektem w postaci złamanej ręki... A może po prostu to, że umiał mnie rozbawić, jak mało kto, potrafił zawołać za mną na ulicy, że przepięknie dziś pachnę :-), albo to, że miał niesamowity magnetyzm erotyczny w sobie. Bo – miał... I to jak cholera. :-)
Któregoś razu wymknęłam się do niego z mojej Instytucji Od Praktyk (błogosławione niech będą tyle wyjścia ;-)), jakiegoś wyjątkowo nudnego poranka, żeby rozerwać się gadką z nim – w czasie jak najbardziej służbowym, i moim, i jego zresztą. Umiałam jakoś wyczuć, kiedy będzie w tym swoim szmacianym raju sam – i wtedy ucinaliśmy sobie rozkoszne, wariackie ze śmiechu pogawędki.

Wtedy też był sam. I rozmowa – wśród żartów i wygłupów – jakoś nagle zmeandrowała na kwestie seksu... W pewnym momencie Zbyszek – a propos jakiejś kwestii z tym związanej – powiedział rozbrajająco : bo ja wiem, że Banderasem nie jestem, ale wiesz – liczy się technika...
Owszem, miał ją. Plus ten niezwykły magnetyzm. Kiedy przenieśliśmy się na zaplecze sklepu – dosłownie aż iskry przeskakiwały między nami... Droczyłam się z nim w tym ciemnym, pozbawionym okien magazynie, opierając się o wielkie bele materiałów i prowokując go – a jednocześnie trzymając dystans. Było tam zresztą niesamowicie – prawie ciemno, jedyne światło padało z otwartych na sklep drzwi, pod sufit ciągnęły się stosy materiałów, firan, pachniało świeżą, fabryczną bawełną, wełną, czy czym tam jeszcze... Te bele doskonale tłumiły dźwięk, sprawiając, że jego niski głos też był przytłumiony, kiedy tak stał pół metra ode mnie, i minimalnie, przelotnie mnie dotykał... Potem – pocałował mnie. Raz. Przeciągając palcami zdrowej ręki wzdłuż mojego boku, od ucha – po udo... I – wierzcie mi – to wystarczyło. ;-) Nie wiem, co ten chłopak miał w sobie – ale udało mu się tym jednym gestem i jednym pocałunkiem sprawić, że autentycznie zmiękły mi kolana, a oddech jakby się zaczął rwać. Wszystko nagle stało się hiperpodniecające, niesamowite... Krótkie dotyki, krótkie stłumione słowa... Pieścił mnie tak, jakby to było w tym momencie najważniejsze na świecie, całkowicie skupiony, zaangażowany, podniecający mnie jak cholera, do granic wytrzymałości... Nie wiem, ile razy zdarzyło mi się w życiu coś takiego – a już na pewno – ile razy w sytuacji niezakochania w tym kimś.
Nie wiem, co Zbyszek by zrobił, gdyby ktoś wszedł do sklepu – być może panował nad tym, miał świadomość, że zdąży się ubrać i wyjść do klienta. Nie trwałoby to oczywiście tylko dwóch sekund (ręką w gipsie chyba cokolwiek trudno naciąga się spodnie czy gatki ;-)) ale z drugiej strony – miał „prawo” być na magazynie, a i ukraść coś w przeciągu dwóch sekund z tego akurat sklepu raczej byłoby chyba trudno, nie?... Tak spylać chyłkiem z wielką belą materiału pod pachą... :-D
No, nieważne. W każdym razie – pomimo okoliczności Zbyszek był znacznie bardziej wyluzowany i spokojny, niż ja sama.
A te bele materiału... wiecie, ogromnie wygodne są ;-) Jedyny raz mogłam powiedzieć, że kochałam się w adamaszkach i aksamitach ;-) Nie wiem wprawdzie, jak te dziewicze tkaniny zniosły nasze szaleństwa, ale... butów w każdym razie nie miałam. ;-) Wprawdzie zapodziałam gdzieś między nimi jedną pończochę – i później nie było już czasu jej szukać :-D, ale mam do dzisiaj nadzieję, że w którejś wolnej chwili po moim wyjściu Zbyszek jednak się nią zajął. Zanim zajęła się nią kierowniczka .
Było cudownie. Jakby... inny czas, inny wymiar, wszechobecna zdrowa dłoń Zbyszka, moje rozpalone ciało, jego intensywne – choć skąpe - pieszczoty, nasze pocałunki... Miałam orgazm stulecia – co jego jakoś bardzo uszczęśliwiło i – jak powiedział – dało dokładnie podwójną własną satysfakcję.
Kiedy wyszłam z tego ciepłego, ciemnego magazynu – miałam wrażenie, że minęły wieki. Raziło mnie światło, cały zewnętrzny świat, i ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, był powrót do mojej Instytucyjnej rzeczywistości... Rzadko zdarzało mi się odpłynąć aż tak. A ten drań doskonale to widział, śmiał się ciepło i podjudzał, żebym zamieniła resztę mojej dniówki tam na miłe „porządki” w magazynie z nim...

Nie wiem, jak i czemu potem to się rozeszło – bo faktem jest, że był to ów „jeden raz” tylko. Widać nie było nam po drodze, może brakło mojego zdecydowania do poszukania z nim kontaktu również później, po zakończeniu moich praktyk – a miałam świadomość, że on znał z identyfikatora tylko moje imię i nazwę tej instytucji...
Tak czy owak – został mi w pamięci dokładnie z tym niskim, ciepłym śmiechem, rajcującym mnie do obłędu ciałem i setkami metrów wielokolorowych materiałów w tle... :-)
  • awatar robson-ja: pewnie sie powtórzę ale za....ście piszesz, z taką nie do nauczenia się przez zwykłego śmiertelnika lekkością!
  • awatar dość: hihihihi,a mi się jakoś skojarzyło ze "Zbyszkiem Nowakiem - Ręce które leczą" ;P choć w tym przypadku to raczej byłaby liczba pojedyncza hehe
  • awatar DwieWeMnieJednej: d-ość - bo wiesz, ta druga jakby całkiem nieobecna była... ;-) Ale sama teraz się pośmiałam. :-D Zabrzmiało prawie, jak Bożek Wszechwiedzący :-D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Witajcie. Musiałam zająć się przez czas jakiś bardzo przyziemnymi sprawami, i haniebnie zaniedbałam mojego pingera. ;-)

Hmmm... Co by Wam tu dzisiaj opowiedzieć...

Może najpierw odpowiem na pytanie z komentarzy wcześniej – o wiek mojego najmłodszego i najbardziej posuniętego faceta.
Najstarszy – to zdecydowanie ten Jakub, z mojej Instytucji od praktyk. 31 lat in plus w stosunku do mnie. I... powiem Wam szczerze, że drugi raz bym już takiego mezaliansu wiekowego nie popełniła. Owszem, kochanek między 40 a 50 – jest ogólnie OK, jeżeli facet dobrze zachowany, w miarę sprawny fizycznie i seksualnie. Niemniej jednak – jeżeli lubi się seks – to ma się z niego duuużo więcej radości w wykonaniu gościa poniżej pięćdziesiątki – przynajmniej w moim wypadku ta granica okazała się granicą funu łóżkowego.

A najmłodszy?... Tutaj to pytanie rozbija się w zasadzie na dwa ;-) - o ile młodszy ode mnie, i jak młody w ogóle ;-)

Zasadniczo – młodszego od siebie miałam Pawła i Mateusza.
Ten pierwszy – to po prostu chłopak, z którym przez jakiś czas byłam, normalnie i „dziennie” ;-). Młodszy ode mnie o cztery lata, i ostatecznie – te cztery lata okazały się barierą nie do pokonania, jako że Paweł w dodatku wykazywał niedojrzałość emocjonalną jeszcze większą, niż te cztery lata różnicy. Ogólnie – nieciekawe doświadczenie życiowe, choć co nieco doświadczenia łóżkowego miał (i aż nadmierny, nawet jak na mnie) apetyt na pieprzenie się o każdej porze dnia i nocy. Nie potrzebował do tego żadnej zachęty, sprzyjających okoliczności, dobrego momentu ani wygody. Owszem, muszę przyznać, że był to jedyny, jak dotąd, znany mi osobiście facet, który natychmiast po jednym razie chciał i mógł dalej. W ogóle – że tak to ujmę - nie wymiękał ;-).

Natomiast ten drugi – Mateusz – to ogólnie niesamowita jazda, że tak powiem :-) - jako, że... był to niemal dzieciak - dziewiętnastolatek (czyli – siedem lat in minus w stosunku do mnie), student-młodziak i współlokator mojego ówczesnego faceta, z tym, że mój facet był asystentem na uczelni, na której Mateusz zaliczał pierwszy rok. Zaczęło się od tego, że Mateusz parę razy odebrał mój telefon do Marka – i gadaliśmy sobie bardzo miło, jako że Mat był niesamowitym gadułą, czarusiem i ogólnie tzw. aparatem. Prawił mi przez ten telefon niesamowite komplementy, całkiem otwarcie mówił, że zazdrości Markowi takiej laski, wypytywał, sam się zwierzał; w końcu wyciągnął ode mnie adres mailowy i pisał mi potem w ukryciu przed Markiem z ich wspólnego kompa : „Ty jesteś specjalna. Jesteś jedna taka na kilkaset tysięcy. Jak kiedyś będę miał dziewczynę – to strasznie bym chciał, żeby była dokładnie taka, jak ty...”. No – słodziel i czaruś po prostu. Jeszcze nieco naiwny, romantyk, dobry i uczciwy. I – prawiczek ;-) Doszło do tego, że prosił mnie o instrukcje zarówno podrywania dziewczyn, opinie o jakichś rozpoczynających się mu związkach – jak i całkiem szczegółowe informacje z zakresu spraw łóżkowych.
Spotykaliśmy się niejako w drzwiach, kiedy przyjeżdżałam do Marka – Mateusz dawał mi wtedy za jego plecami dzikie i draczne znaki, a Marek się chmurzył na moją sympatię do tego żółtodzioba. Ale ponieważ Mat Marka lubił i podziwiał co najmniej tak samo, jak mnie, a ja nie czułam żadnych potrzeb do skoków w bok – nie miało miejsca nic, co mogłabym nazwać zdradą mojego faceta.

A bardziej konkretnie ;-) spotkaliśmy się w bardzo niewesołych okolicznościach... Mój Marek zaginął. Nagle, pewnego dnia, po prostu wyszedł z pracy – ale do domu już nie dotarł. Do dziś nie wiem, co się z nim stało... Kiedy pojechałam po jakimś czasie po jego rzeczy do tego wynajmowanego mieszkania – ryczeliśmy oboje z Mateuszem jak dzieciaki, bezbronni wobec tego, co się stało, załamani, ogłupiali sytuacją... Gadaliśmy długo. O wszystkim, byle nie o Marku. Mateusz ciągle jeszcze nie miał dziewczyny – a w dodatku do tej pory nie skonsumował swojego dziewictwa. Ze tego wzajemnego pocieszania zrobił się – w sumie nieoczekiwanie dla nas obojga – ciepły, intymny wieczór, ze świecami (Mateusz zapalał je kartką z książki, odpaloną na kuchence gazowej z iskrownikiem ;-), niezłym winem w niezłych ilościach, gadaniem do późna w noc i zwierzeniami... Widziałam, że Mateusz sam nie wiedział, co zrobić, żeby jakoś mi pomóc, pocieszyć, rozładować ciemne myśli... Po spontanicznym przytulaniu, głaskaniu po buzi (no, przesłodkie chłopię to było, naprawdę :-)), siedzeniu u stóp mojego fotela – nagle, acz jakoś... całkiem naturalnie - pojawiły się pocałunki, mizianie po szyi, całkiem wprawne jak na dziewiętnastolatka pieszczoty i całkiem wyrafinowane czułości. Chociaż niedoświadczony – doskonale nadrabiał wyobraźnią, pomysłowością i szczerą najwyraźniej sympatią do mnie. Grzał mi swoim oddechem dłonie, przez całe kwadranse wodził opuszkami po moich gołych ramionach, scałowywał łzy, jeśli się pojawiły... Głęboko w nocy, po długim czasie takiego słodkiego migdalenia się z roziskrzonym wzrokiem zapytał, czy może pozwolić sobie na coś więcej. Odpowiedziałam mu, że o to się nie pyta werbalnie... ;-) Zrozumiał. Do dziś pamiętam ten wieczór i noc – z jednej strony ogromną czułość, współczucie, oddanie Mateusza, który chyba wszystko by wtedy zrobił, żeby mi było lżej - a z drugiej strony jego ogromną ochotę na ten seks, rozbrajające niedoświadczenie, szeptem i z zawstydzeniem zadawane pytania, czy dobrze coś robi, czy jest mi dobrze... I to był chyba najlepszy balsam na mój smutek, żal i przygnębienie. Pewną niezgrabność w łóżku (dwa metry wzrostu plus brak wyrobienia w bezpośrednim kontakcie ;-)) Mat zdecydowanie nadrabiał gorliwością i zaangażowaniem. Świece się wypalały jedna za drugą, on zapalał nowe, księżyc przesuwał się w oknie – a my ciągle trwaliśmy sobie w naszym małym i miłym światku wzajemnego ciepła, czułości, podniecenia, i w końcu – całkiem długiego i smacznego seksu...
O dziwo – chyba dzięki tej otoczce – było to całkiem fajne doznanie, nie miałam wrażenia (które notabene towarzyszyło mi wcześniej w kontaktach z Mateuszem), że jestem jego starszą siostrą, starszą znajomą albo zgoła młodą nauczycielką. ;-) Owszem, czułam przez cały czas owe różnice między nami – od wiekowych począwszy, a na językowych chociażby skończywszy. (Komentarz Mateusza po tej cielesnej konsumpcji : ja pierdolę, słonko, JAKA JAZDERA!!! :-D)

Mateuszowi ten pierwszy raz spodobał się ogromnie :-) Autentycznie mi dziękował, zapewniał o swoim szacunku (porządne wychowanie wśród samych sióstr ;-) - i wpojone przez rodziców generalne poszanowanie kobiet) i ogromnym „lubieniu”. Ja też Cię bardzo polubiłam, Mat, i mam nadzieję, że Ty polubiłeś dzięki mnie seks – a przynajmniej przestałeś się go bać :-), i że teraz jesteś szczęśliwy z jakąś dobrą, poukładaną dziewczyną. Zasługujesz na to



No i zrobiła się z tego chyba samodzielna notka... ;-) OK, no to niech taka pozostanie – a trochę później, przyjemną nocą, napiszę coś jeszcze. :-)
  • awatar bułka: Cieszę się, że wróciłaś:). Pozdrawiam
  • awatar Gość: Witaj. Chciałam Ci napisać, że zajzrałam tu w sumie przyapdkiem - po tym jak ktos pochwalił Twój blog na jakims innym blogu - i potwierdzam - czyta się go fantastycznie. Masz poczucie humoru i wielki dar pisania. Może pomyśl nad jakąś książką?..... ;-) Pozdrawiam i będę tu zaglądać. :)
  • awatar Gość: Wiesz co, aż samej mi się zachciało płakać... Bardzo bardzo wzruszające. I pięknie piszesz uwielbiam cię czytać, to takie całkiem inne niż te wszystkie inne blogi... naprawde. Pisz duzo, bardzo fajnie piszesz.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Witajcie

Jest coś, czego nie lubię – wyrzuty sumienia. I – mimo wszystko – staram się nie wchodzić w ogóle w takie sytuacje, które by je generowały. Mówię o prawdziwych wyrzutach – za prawdziwie wredne uczynki, jak podiwanienie do łóżka faceta mojej najlepszej przyjaciółki, męża szczęśliwej żonie w tydzień po ślubie czy zagięcie parola na kogoś, o kim wiem, że jest naprawdę porządny, dobry dla swojej partnerki i ogólnie wartościowy. Co nie znaczy, że nie mogłoby mi się powieść w tych wszystkich sytuacjach, gdybym się mocno uparła; niestety – faceci w przeważającej i przerażającej większości nie widzą niczego złego w niezobowiązującym skoku w bok – ale też i a priori w takich przypadkach, jak wymienione powyżej, nie próbuję nawet próbować. Czym innym jednak jest przekonać się, że facet mający zdradę opanowaną do perfekcji - zdradzi jeszcze i kolejny raz – ze mną; to coś innego – pokazać nadętemu bufonowi, mającemu przeświadczenie, że to on jest supersamcem i to on wybiera – że jednak to ja mogę nim pokręcić koło małego mojego palca – jeśli ja zechcę, czy wreszcie – całkiem odmienną sprawą jest spróbować seksu z kimś, kto go intensywnie szuka i sam siebie nazywa seksoholikiem.

No, tak ;-) - nawet i moja ciemna strona na jakichś tam zasadach moralnych bazuje...

Ale ad rem.
Drugą rzeczą, której jednak również bardzo nie lubię – tuż po wyrzutach sumienia – są niewykorzystane okazje. Wiecie, coś jak kapnąć się dzień po promocji w markecie, że jednak takie promowane coś wcale badziewiem nie było, a mnie by się bardzo przydało... Przynajmniej – żeby spróbować, jak smakuje ;-)

Pamiętacie pewno mojego niegdysiejszego amanta z Bawarii, Przema, nadmiernie zasłodzonego, nadmiernie zaangażowanego i zdecydowanie zbyt naiwnie-niewinnego – jak dla mnie...
Otóż – podczas jednego z pobytów u niego właśnie włączyły mi się ostrzegawczo wyrzuty sumienia, z góry – dając mi do zrozumienia, że mimo wszystko nie mogę chłopaka zarogaczyć... To było jeszcze na początku naszej znajomości, prowadzonej zresztą głównie w świetle dziennym – jeszcze przez tą moją grzeczną połówkę, jeszcze przez poznaniem Grześka, etc., etc...

Mieszkaliśmy wtedy w jego pokoju na stancji, w miejscowości, gdzie Przemo studiował. Razem zresztą ze swoim kolegą, Aleksem. Cóż – muszę przyznać, że moja przyzwoitość wobec Przema była wtedy naprawdę wielkiej próby – bo Aleks raz, że był zajebiście przystojnym gościem, dwa – że znacznie normalniejszym, z luźniejszym podejściem do życia, niż wymieniony, z poczuciem humoru na dokładniej mojej fali, z tak świetnie zespolonym wyglądem, że aż mnie trochę śmieszyło, że facet może tak dbać o siebie...
Właśnie rzuciła go dziewczyna. Przeżywał, wiadomo. Przyszedł do naszego pokoju na wieczorne pogaduchy, zapraszany zresztą serdecznie przez Przema, no i – jak się rozgadaliśmy, nie mogliśmy skończyć :-) - okazało się, że oboje czytywaliśmy wcześniej s-f – i z zachwytem przerzucaliśmy się wspólnie znanymi tytułami, to samo się nam podobało, takiej samej muzy słuchaliśmy... Aleks był przy tym jakiś taki.... delikatny, miły, szczerze ucieszony wspólnotą poglądów i poczucia humoru... W pewnej chwili z niedowierzaniem powiedział : wiesz, gadamy od trzech godzin, a ja mam wrażenie, jakbyśmy się znali od lat.
Wciągnęła nas ta rozmowa tak bardzo, że biedny Przemo popałętał się koło nas bez celu (s-f nie lubił, tej muzyki nie znał, „naszych” z Aleksem filmów nie widział), potem poszedł zrobić jakieś jedzenie, potem z nudów poszedł się wykąpać... W tej bardziej intymnej atmosferze Aleks zaczął mi się zwierzać z przejść z tą byłą dziewczyną – chyba było mu to potrzebne, ja słuchałam, trochę go pocieszałam, trochę sprowadzałam jego rozżalenie do normalnych rozmiarów...
Wyszedł o drugiej, sam zaskoczony tą późną porą. Przemo miał minę zbitego psa, ale żadnych wymówek mi nie robił – w końcu sam nalegał na tę wizytę, sam Aleksowi wcześniej opowiadał o mnie bez końca... A może i nie chciał ryzykować konfrontacji z nim, w oczywisty sposób stojąc na dość przegranej pozycji.

Którejś nocy oglądaliśmy z Przemem TV, trochę się migdaliliśmy pod kocem po wielu szklankach (ubogie wyposażenie studenckiego pokoju ;-)) dobrego szampana... Niestety – ja mam (i miałam już wtedy) bardzo mocną głowę. W odróżnieniu od Przema, który był w popijaniu zdaje się tak samo niedoświadczony, jak i we wszystkim pozostałym na „p” (niestety). W pewnym momencie, w trakcie tych naszych igraszek – najzwyczajniej... zasnął. I to tak, że mogłam go zrzucić z siebie razem z kocem, podeptać i poturlać na jego łóżko – i tak by się nie obudził. Stracił kontakt z rzeczywistością, po prostu.
Westchnęłam, wypełzłam spod jego bezwładnego ciała i poszłam z rezygnacją pod prysznic. Kiedy już miałam wychodzić z łazienki – usłyszałam przez drzwi, jak Aleks puka do naszego pokoju i kilka razy pyta, czy może na moment, skoro jeszcze widzi światło od TV. Oczywiście – od Przema w zaświatach nie doczekał się odpowiedzi, więc wrócił do siebie.

Zastanawiałam się przez długą chwilę. Prawda była taka, że miałam ochotę na coś jeszcze tego wieczoru – nie na spanie bynajmniej, koło chrapiącego Przema; resztki szampana miło buzowały mi we krwi (a po szampanie zawsze strasznie nosi mnie na seks ;-)), miałam jak żywo w pamięci tamtą świetną rozmowę z Aleksem, widok jego ładnych, muskularnych ramion, idealnie płaskiej klaty - co mnie szczerze mówiąc mocno od początku ruszało... A Przemo – sam się idealnie, choć bezwiednie, wymiksował z towarzystwa i z wieczoru w ogóle. Okazja sama się pchała do rąk, prawda? ;-)
Przeszłam na palcach, w szlafroku i turbanie, pod pokój Aleksa. Z pięć minut stałam, i myślałam. (To było baaardzo dawno, i ja też jeszcze byłam mocno inna... ;-)). U niego też migała TV. Zastukałam – i tak samo, jak Aleks chwilę wcześniej nie doczekałam się odpowiedzi. Pchnęłam lekko drzwi – pokój był pusty. Łóżko apetycznie i zachęcająco rozścielone, w pokoju mocny, miły zapach kawy i dobrej wody Aleksa... Wystarczyło zrobić kilka kroków. Zrobilibyście je?
Ja wciąż się łamałam, ziębnąc w progu, i zastanawiając się, jak on – Aleks – by to odebrał. Może normalnie – kumpela przyszła jeszcze pogadać?.... Może – zważywszy mój dezabil – od razu skojarzyłby to z propozycją? A może – jako bliski przyjaciel Przema – odprowadziłby mnie z oburzeniem z powrotem za frak do naszego pokoju, i w dodatku naskarżył (nieco słusznie ;-)) na mnie?
Sama nie wiem, czy zwyciężyła we mnie ostatecznie ta pierwsza, grzeczniejsza, niepewna tego, czy ta druga, podchmielona szampanem i rozgrzana – a niezaspokojona – nie rzuci się po prostu na chłopaka, gubiąc klapki po drodze – czy właśnie ta świadomość ich kilkuletniej przyjaźni... Nie wiem. W każdym razie – odeszłam spod tych drzwi.

A potem, przy moim wyjeździe, kiedy wybierałam sobie dla siebie wywołane odbitki wspólnych zdjęć – Aleks na odwrocie tego, gdzie siedzieliśmy razem, żartobliwie do siebie przytuleni – napisał mi : „Kochanej ...... - ze wspomnieniem cudownych chwil, które tak szybko, za szybko minęły... i z bólem, że nie odważyłem się na coś więcej”.

Nie powiem – ruszyło mnie to, i miałam o czym myśleć przez dwadzieścia kilka godzin w autokarze... Może coś by nam z Aleksem wyszło – i w sumie wtedy było mi wszystko jedno, czy kolejne godziny rozmów, czy może - bardzo niezłe, jak się spodziewałam, stukanko (Aleks był przynajmniej w tych sprawach doświadczony...), czy może nawet i coś więcej i dłużej. A ja nie musiałabym brnąć dalej w związek z Przemem, który potem, z perspektywy czasu, okazał się być od tego momentu właściwie coraz gorszy...

Cóż – nie chciałam wyrzutów sumienia – dostałam zatem w zamian to drugie, czego nie lubię – niewykorzystaną sytuację. Jako kolejne potwierdzenie starej zasady równowagi w przyrodzie... ;-)
  • awatar bułka: Wyrzuty sumienia... Owszem, miewam... Nawet często, tylko że myślę o nich zawsze po fakcie.
  • awatar robson-ja: rewelacyjnie piszesz, chciałbym umieć tak dobierać słowa, pobudzają one fantazję jak żaden inny blog, pozdrawiam gorąco!
  • awatar dość: a mi jak zwykle miło się czytało,nie wiem może dlatego ze pasuje mi bardzo Twój styl pisania :) hmmm wyrzuty sumienia to straszliwy robal,jak już się wylęgnie to drąży i drąży i zostawić nie chce...nie myślałaś o tym żeby go znaleźc później? do osoby we wpisie powyżej (muzyki)-widzisz,łatwo skrytykować ale trudniej pomyśleć że pisanie o swoim życiu wymaga troche więcej rozumi i odwagi niż wklejanie kawałków z internetu i ich opisywanie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Pogoniono mnie odrobinę ;-) (Bułko i d-ość, dzięki! :-)), więc nadrabiam, nadrabiam.

Pomyślałam sobie, że wrócę jeszcze do Roberta – tego poznanego na czacie, zaliczonego
w jego samochodzie - ponieważ – po tych „samochodówkach” były jeszcze inne razy, na przykład – u niego w domu. Tak, tak – we własnym jego mieszkaniu, dzielonym z żoną (nierozumiejącą go, prawie w separacji... no, znamy te teksty, prawda?... ;-)) oraz dzieckiem. O dziecku akurat mówił zawsze ślicznie, z miłością aż bijącą po oczach – i to mu się akurat chwali. Bardzo.
Początkowo za nic nie chciałam się zgodzić na tę propozycję w jego mieszkaniu. Raz, że... no, może mam jakieś minimalne zasady – to znaczy, ta moja ciemna strona ma, a dzienna ją zazwyczaj gorąco w nich dopinguje. Więc – według tych zasad – seks, owszem – ale na moich warunkach,
w moim miejscu, bez konieczności oglądania prywatnego życia delikwenta, które mnie wtedy naprawdę minimalnie interesuje. Po drugie – odrobina obawy, że jednak ta niekochana żona
z jakichś powodów nadciągnie – a takich konfrontacji sobie nie wyobrażam, mimo wszystko. Co innego – świadomość, gdzieś tam obrzeżkami tejże, że taka żona istnieje – a co innego stanąć
z nią twarzą w twarz. Tym bardziej – w warunkach cokolwiek dla mnie... niekorzystnych ;-) Po trzecie – ów dom Roberta znajdował się w nie moim mieście, a nie lubię być zdana na łaskę jakichś środków komunikacji (o ile głęboką nocą takie kursują); lubię za to bezwstydnie być wygodnie odwożona na odległość 100 metrów od mojego własnego domu. Zwłaszcza w marcu, w cienkich pończochach, prześwitujących bluzkach (stały element podniety dla Roberta) i niewygodnych butach na niebotycznym obcasie.

Więc – powiedziałam zdecydowane : nie. Tymczasem – Robert nalegał (jemu widocznie nie przeszkadzało bynajmniej rżnięcie przygodnej w sumie panienki na żoninym materacu i wśród zabawek swojego synka). Uzasadniał z niebywałą cierpliwością, że jego pomysł ma same plusy : ciepło, wygodnie („a ja, słonko, jednak trochę muszę się nagimnastykować z tym moim wzrostem na tylnym siedzeniu...”), wszelkie napoje w zasięgu, kojarzące się „elementy rodzinne” - skrzętnie przez niego pousuwane, a po całej zabawie – odwiezienie mnie OCZYWIŚCIE do domu, pod sam próg, o którejkolwiek sobie zażyczę. No i – koronny argument : żona nie ma absolutnie prawa się pojawić, jest gdzieś na drugim końcu świata, on o tym wie i nigdy by do nakrycia nas in flagranti przecież nie dopuścił.

Szczerze mówiąc – już nie pamiętam, co mnie w końcu złamało w tej kwestii – całkiem możliwe, że te jego spokojne, cierpliwe, ciepłe tłumaczenia i przekonywania...

No więc – OK. Umówiliśmy się bezpiecznie w McDonalds`ie, on wymienił prosząco te swoje „wymogi” ubraniowo-image`owe, ja przystałam (jakoś cholernie mnie to bawiło ;-)), no i – pewnej zimnej niedzieli wylądowałam w tym McDonalds`ie, z wierzchu grzecznie ubrana i pociągająca jakiś tam soczek w oczekiwaniu. Przyszedł, z tym swoim specyficznym skupionym wyrazem twarzy, dosiadł się – a z oczu biła mu taka radość i podniecenie, że sama to jakoś zaasymilowałam, i podjarałam się tą oczekiwaną zabawą. Co ciekawe – zwrócił moją uwagę na to, że owszem – mam niby grzeczną spódnicę prawie do kostek (czarną, wąską) – ale z racji posiadania przez nią rozcięcia z boku niemal po sam tyłek – siedząc pokazywałam podobno zajebisty widok na moje samonośne pończochy z koronkową gumką. Co ponoć przyciągnęło wzrok jakiegoś faceta obok jak na sznurku. :-) Ha, a gdyby ten gość jeszcze wiedział, że ponad tymi pończochami już nic zgoła nie ma... (kolejny bzik – czy też fetysz – ubraniowy Roberta... No – raczej bezubraniowy ;-)).

Zapłacił za mnie, poszliśmy do samochodu, z samochodu – do mieszkania (miłego i nowoczesnego, nie powiem), gdzie faktycznie nie było nic „na widoku” z rzeczy, które by mnie mogły z założenia rozpraszać. Okna zaciągnięte, jakieś muzyczne tło, przygotowany miękki materac, oraz – kilka „zabawek”, które on chciał wypróbować...
A propos tych zabawek, oraz innych jego fantazji, które koniecznie chciał ze mną powcielać – przedtem i wtedy – w życie – zastanowiłam się głęboko, czy faktycznie był on takim seksoholikiem, dupobiorcą i znawcą kobiet (od ich bardzo fizycznej strony), jak sam to deklarował... Ponieważ kilka z tych zabaw i pomysłów wcielał w życie ewidentnie po raz pierwszy (oczywiście uzgodniwszy ze mną najpierw, czy mam na to ochotę, a on – moją aprobatę).

No i.... zaczęło się. Kiedy teraz oceniam w myślach długość tego maratonu (drugiego pod względem właśnie długości w moim ciemnym życiu) – dochodzę do wniosku, że skoro gość potrafił pieprzyć mnie – w najróżniejszych konfiguracjach, urozmaiceniach i pozycjach – dobre cztery godziny – spuszczając się dopiero finalnie, na moją twarz zresztą – to albo był cyborgiem, albo na jakichś dopalaczach. No nie?... Aczkolwiek – nie podejrzewałam go o jakąś chemię we krwi, ale – kto go tam tak naprawdę wie...
No więc – bawiliśmy się totalnie, bez oporów, nawet wyuzdanie i „z pogranicza” - mnie tam nie przeszkadzało, że chciał popieścić moją cipkę stopą (z wierzchu, z wierzchu i delikatnie ;-)), ani że wkładał mi różne gadżety („słonko, wymyte i wyparzone, słowo”) - ostatecznie moja ciemna strona lubiła nowe „wyzwania" i takież doświadczenia, a przy okazji – miałam okazję przekonać się, co mnie samą kręci, a co wcale. (Dla zainteresowanych – feeting (tak to się nazywa?) nie kręci mnie wcale, pasek pozornie zaciągany na różnych częściach mojego ciała – tym bardziej (choć chyba zrobił to zbyt delikatnie i pięć razy tłumacząc mi, że nie mam się czego obawiać, żeby jego samego to ruszyło); różne zabawki w moim środku – i owszem ;-), lizanko i anal – jak najbardziej :-D).

Kiedy tylko chciałam – albo uważał, że tego potrzebuję – pozwalał mi na oddech, spokojnie mnie wtedy pieszcząc, a jego okazały organ nie bastował ani na moment (przy okazji – jednak dość śmiesznie wygląda goły facet zmierzający za potrzebą do łazienki – ze sterczącym wesoło kutasem – jakoś pomimo podniecenia i ogólnej jazdy całkiem trzeźwo wyłapywałam takie „smaczki” ;-)).
Owszem, jednak w mieszkaniu było o wiele wygodniej... Obojętnie, czy klęczałam, leżałam, stałam czy też opierałam się o przeróżne nowoczesne sprzęty w tym mieszkanku. On mógł się zajmować mną z każdej dowolnej strony, bez konieczności uciążliwego zamieniania się miejscami na „raz, dwa, trzy” - jak to było w samochodzie...

Po wszystkim przemiło – jak to on – zapytał, czego się napiję, poczęstował mnie przepyszną kawą w ładnej filiżance, a potem zrobiło się jakoś tak, że nawet tańczyliśmy przy miłym, miedzianym
w kolorze świetle z nocnej lampki... Pamiętam nawet, do czego – do świetnego kawałka z „Pulp Fiction” - „Girl... You`ll Be A Woman Soon”. Robert ze śmiechem przechylał mnie zawadiacko do tyłu, a ja – ze śmiechem – myślałam sobie, że trochę nieadekwatna do mnie ta piosenka...

A potem – jakoś bardzo po męsku... ;-) - stwierdził, że on zgłodniał, jak diabli, i gadaliśmy w kuchni (nowoczesnej, a jakże :-D), podczas kiedy on robił zajebiste kanapki. Lubię takie ciepłe „kontakty” po wszystkim (choć – nie ze wszystkimi, rzecz jasna ;-)), kiedy na przykład przekomarzamy się z facetem o to, kto ma zjeść ostatnią kanapkę (on miał na nią ochotę, ale ja miałam – jego zdaniem – koniecznie dobrze się odżywiać :-D). Rozgadaliśmy się zresztą jeszcze bardziej – prawda jest taka, że po takim seksie bez zahamowań i rozmowa idzie idealnie, też bez żadnych barier. Do dzisiaj pamiętam jego uśmiech, kiedy siedział naprzeciwko mnie na taborecie
w kuchni, i grzał sobie stopy pod moimi gołymi udami... :-)
Głęboką nocą – czy może nad ranem już – pojechaliśmy, a on wyglądał na tak rozluźnionego, zadowolonego i spełnionego, że aż sama miałam podwójną frajdę. :-)
  • awatar Sexowna: Fanjny blog!!!!Jutro doczytam dalsze notki.....dodaj mnie do znajomych!!!!
  • awatar DwieWeMnieJednej: Gościu powyżej - owszem, na bogactwo doświadczeń nie mogę narzekać, ale wierz mi - nie powiem, czy to jest akurat takie fajne... Po prostu - mój egzemplarz tak ma; ale każdej innej radziłabym być bardzo ostrożną w podziwianiu tego mojego pokręconego życia... A na Twoje pytanie o wiek moich facetów - pozwól, że odpowiem może w kolejnej notce, bo na komentarz to trochę za dużo pisania ;-)
  • awatar DwieWeMnieJednej: Odkrywco - dzięki! Naprawdę jestem bardzo miło zaskoczona Waszymi pozytywnymi komentarzami - nie spodziewałam się chyba wcale, że w ogóle będą - a już na pewno nie że takie fajne :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
OKI, może teraz wezmę „do obróbki” tego drugiego pana z Instytucji od moich praktyk.;-)

Drugi pan był przeciwieństwem tego pierwszego – typ sportowca (zresztą realnego, uprawiał wcześniej chyba z pięć różnych dyscyplin), luzaka w obejściu oraz ubiorze, niewysoki, żylasty i energiczny, i... starszy ode mnie, jak się potem okazało... 31 lat, haha.
Cóż – generalnie był atypowy, jeśli chodzi o moje typy.
Ale pan ten, nazwijmy go tutaj Konrad, przyuważył mnie wcześniej, niż ja jego. I – nie uwierzycie – najwyraźniej się zadurzył we mnie. ;-) Początkowo nawet bawiło mnie to jego skakanie koło mnie, zaproszenia na kawki do jego biura (na szczęście miał swój osobny pokój), dyskusje na różne tematy – które jednak zazwyczaj jakoś zahaczały o erotykę i seks, opowieści o jego życiu, dość bogatym w różne – chociażby te sportowe – doświadczenia....
Ale Konrad zdecydowanie próbował dać mi do zrozumienia, że coś do mnie czuje – a ja... no cóż, nie miałam wtedy ochoty na sprawdzanie wydolności organizmu pięćdziesięciokilkulatka, ani tym bardziej na potajemne romanse z uczuciem w tle... To, że miał żonę i trójkę dorosłych dzieci, nie stanowiłoby dla mnie przeszkody – aczkolwiek znałam skądinąd tę jego żonę, i to, że straszna hetera z niej była, przezazdrosna i na dobrej drodze do alkoholizmu – nie zachwycało mnie bynajmniej; nie lubię hec z takimi zdradzanymi żonami; hec w ogóle, jeśli już o tym mowa. Przy okazji – doszłam wtedy do wniosku, że chyba prawidłowo każda żona w przedziale między 40 a 50 lat przechodzi paroksyzmy zazdrości o swoich mężów w tym samym wieku – przekonałam się bowiem, że wystarczy kilka lub kilkanaście drobnych moich „zabiegów” wokół takiego delikwenta, żeby jadł mi z ręki i zdradzał te zazdrosne żony w średnim wieku praktycznie bez zmrużenia oka. Stąd moje zdanie o wierności wieloletnich mężów – takie, że pojęcie to w naturze najczęściej nie występuje... ;-)

Ale – wracając do rzeczy. Konrad adorował mnie w sposób coraz bardziej widoczny. Nie wiedziałam, czy mam ochotę na komentarze pozostałych osób z Instytucji, tym bardziej niejako, że przecież NIC konkretnego nie było na rzeczy, prawda?... No to jak to – być na językach za owo NIC?... ;-)
Któregoś popołudnia zaciągnął mnie do siebie na długą pogawędkę... Gadka-szmatka, jakieś aluzje, kładzenie dłoni na mojej ręce przy kompie (naprawiałam mu coś w nim, bo był totalnym antytalenciem w tej kwestii)... Zapuszczanie głębokich żurawi w moje oczy i dekolt... No i w którymś momencie pomyślałam sobie – takiś mocny? Takiś gieroj w gadce?... I kiedy chciałam już iść, a on mnie dalej zagadywał w przejściu między biurkami – chwyciłam go za koszulkę na piersi, przyciągnęłam, i pocałowałam tak, jak - założę się – nigdy tego nie miał, a tu i ówdzie co nieco mu drgnęło... Chciało mi się śmiać w głos – wyrwał mi się, wyrywając przy okazji ze dwa guziki z koszuli – chociaż pocałunek wcześniej oddał całkiem porządnie i świadomie...
Panicznie zaczął coś układać na biurku, a ja się dusiłam ze śmiechu w środku. Zaczął „poważną” rozmowę – czy ja wiem, na co się porywam, że on żony nie zostawi... Słuchajcie, to była jedna z komiczniejszych sytuacji, jaka mi się przydarzyła – w kontekście tego, że już było dokładnie wiadomo, co i jak jest – i w sumie co będzie – a gość zaczął nagle uprawiać wyrzuty sumienia, troskę o moją moralność i o własne dupsko.
Ale i tak już wiedziałam, że jeśli tylko zechcę – wyląduje ze mną tam, gdzie ja zechcę...

I – wylądował. Samo się mięsko pchało, prawda?... ;-) Najpierw był to piękny wiosenny las – podczas powrotu z podróży służbowej – ale Konrad był za bardzo chyba zestresowany „strasznością” tego, co robi, ledwo co zmierzchającym dniem i moją młodością... W efekcie próbował pozycji, które z założenia groziły zwichnięciem stawów biodrowych, tracił energię na rozglądanie się oraz troskę o stan mojej kurtki, na którą go w końcu rzuciłam - i ostatecznie po 60 sekundach było po wszystkim.
Musiałam przejąć sprawę w swoje ręce ;-) - nie ma to, jak noc, zacisze samochodu, moje tajemne miejsce w lesie i moje wyrafinowane zabiegi :-D.
Następnym – nocno-samochodowym – razem pobawiliśmy się sobą nawzajem z godzinę, przy czym aż śmieszne było obserwowanie reakcji baaardzo dorosłego faceta na to, że pozwalam mu włożyć sobie trzy palce naraz, pogryźć trochę cycki i pozaglądać tam i ówdzie... Boże, jakiż ubogi musi być seks pięćdziesięciolatków!... To, że wszystko miałam ogolone (dla mnie norma i powszedniość) – też doprowadzało go niemal do ekstazy...
Zachwycało go 'od tyłu' (ojapierdolę... ;-)), spuszczał się niemal, kiedy pozwalam mu się wylizać, a tzw. mocny seks, z drapaniem mu pleców i używaniem siły moich palców zostawiał go w takim szoku, że niemal się do mnie nie odzywał, kiedy wracaliśmy 'do świata' po tych nocnych eskapadach.

No cóż - fakt – jak na faceta w tym wieku formę fizyczną miał bardzo dobrą, jeśli chodzi o siłę w rękach, energię i giętkość – niemniej jednak to, że niektóre zabawy były dla niego zbyt długie, w którymś momencie rozpaczliwie szukał wejścia do mnie, bo chyba czuł, że już czas najwyższy, i nigdy nie sprezentował mi tego razy dwa (a o trzy zapomnij na amen) – sprawiało, że kochankiem jednak był mocno średnim.
Znudził mnie dość szybko – pomimo, że te nocne schadzki, podjeżdżanie na umówione miejsce z tajemnymi znakami światłami samochodu, umawianie się kodem przy innych – miały pewien posmaczek. Ale – Konrad wpadł już po uszy, zadurzenie przeplatało mu się z żądzą, która go coraz bardziej trawiła – i dochodziło do takich nieciekawych sytuacji, jak nagabywanie na litość albo jakieś szantaże...

Stanowczo zaczął mi ciążyć i stanowić niebezpieczeństwo dla mnie – dziennej. Względnie łagodne sposoby pozbycia się go z mojego życia niestety nie przynosiły efektu – a Konrad zaczął naprawdę się zapominać i tracić dystans do rzeczywistości. Nie rozumiał słów : ENOUGH. OVER.
Ponieważ nie miałam ochoty na totalną porażkę mnie – dziennej, zmuszona byłam skorzystać z bardziej drastycznego sposobu.
A sposobem tym był... jego własny syn, środkowy z trójki ;-) Na szczęście – sposób podziałał bez pudła (niemniej jednak – dobrze, że kończyłam już te praktyki w owej Instytucji...), a młody miał w sobie – oprócz chęci, zachwytu i zaangażowania ojca – także, na szczęście, znacznie lepszą kondycję, trochę więcej wyobraźni i na pewno znacznie więcej doświadczenia. :-)

Ale – o młodym to może już następnym razem... ;-)
  • awatar Gość: ja również czekam na nowy wpis :)
  • awatar DwieWeMnieJednej: Bułko - sorry, nie pisałam, bo na krótko "wyjechana" byłam. Się poprawię dziś :-) Ale - z drugiej strony - nie ma nic milszego w blogowym światku, jak - być proszoną o wpisy :-) - więc : dziękuję! :-)
  • awatar bułka: Dlaczego nic nie piszesz?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Witaj, mój blogu, i witajcie Wy :-)

Dzisiaj opiszę Wam coś trochę odmiennego – a w zasadzie całkiem odmiennego :-)
Pewne przeżycie z czasów liceum jeszcze, i - co dziwne, jak na to miejsce - było to przeżycie w zasadzie tej dziennej mojej połowy...
Ale przeżycie to - i wspomnienie o nim - jest tak zajebiste (właśnie jakoś nagle mi wypłynęło na powierzchnię wspominków, a nie myślałam o nim od lat...) - że chcę to tu opisać.

Jak napisałam – było to w czasach mojego liceum. Całkiem sprawnie rozchodziły się już wtedy we mnie te dwie moje osobowości (no – może raczej napiszę – strony osobowości, żeby nie wyjść na schizofreniczkę pierwszej wody ;-))... Za dnia byłam jednak zdecydowanie tą wzorową licealistką, uczennicą i koleżanką. Którejś niedzieli - wraz z dwiema innymi koleżaneczkami – spokojnotami z liceum i grzecznymi dziewczynkami, nie mającymi oczywiście pojęcia, co mnie się „przydarza” ;-) wieczorami i nocami – poszłyśmy sobie na koncert. Taki „siedziany” - wiecie, o co mi chodzi, widownia z rzędami krzeseł, poprawnie i spokojnie – co było o tyle dziwne, że koncertował wcale nie ktoś typu i pokroju Turnaua czy innego Bajora – nie, był to całkiem przyzwoity polski rockowy koncert. No, ale organizatorzy tak wymyślili, więc trzeba było się przemóc i na tych krzesełkach grzecznie siedzieć.
Kapela grała, światła błyskały; było ciemno, odpowiednio cholernie głośno :-) i jakoś tak... odrobinę jakby podelektryzowanie.
W naturalny sposób nie mogłam usiedzieć, wkurzał mnie ten przymusowy bezruch... Chyba dlatego zaczęłam się trochę giąć na tym siedzeniu, i – całkiem odruchowo – założyłam ręce za głowę, splotłam je sobie na karku. Oraz – na grzecznie zaplecionym wtedy francuzie, haha.
W pewnym momencie – ktoś dotknął tych moich dłoni. Pomyślałam, że przypadkiem – ale nie. Znów ktoś delikatnie, pieszczotliwe przesunął palcami po moich palcach. Lekko, bardzo miło, i tak jakby... pytająco?... Dotknęły – i znieruchomiały, czekając. Do dzisiaj nie wiem, czemu wtedy po prostu nie odwróciłam się i nie spojrzałam. Może było za ciemno, może byłam zaintrygowana – a może po prostu bardzo mi się to spodobało?... Nie wiem. Ale – weszłam w tę zabawę ;-) Pogładziłam te palce również – były zdecydowanie męskie, szczupłe i przyjemne... One znów pogładziły moje, chwyciły za koniuszki, uścisnęły, zaczęły tak super przyjemnie pieścić, dotykać, badać moje dłonie cal po calu....
Wierzcie mi – to było niesłychanie miłe, i – jednak – podniecające też... Ale – tak słodko, tak niewinnie, taka... wysublimowana gra erotyczna. Coś nieprawdopodobnego. Nie pamiętam, ile to trwało – do przerwy w koncercie, może jakieś pół godziny, może 45 minut... Odjechałam :-) Nie bardzo już kojarzyłam muzykę – skupiłam się tylko na tym fantastycznym dotyku, tej rozmowie bez słów i nawet spojrzeń, po prostu tylko na tym – bo to było cudowne. Tamte palce chwilami sobie żartowały – próbując na przykład wślizgnąć się pod mój rękaw przy nadgarstku – za co „karciłam” je silniejszym uściskiem – po czym grzecznie i przepraszająco wracały do „dostępnych obszarów”, gdzie znowu bawiły się moimi opuszkami, obrączką, kostkami palców... Wymienialiśmy te dotyki – jak najczulsze pocałunki, megadelikatnie, supererotycznie... Potem podciągnęłam rękawy do łokci – co tamte palce przywitały z wyraźną radością, zajęły się gładzeniem moich przedramion, rysowaniem zawiłych wzorów na odsłoniętej skórze.... Nie ustawały ani na moment. Chwilami trwały przez moment w słodkim uścisku na mojej dłoni, później zaczynały swoje podróże od nowa...
Może to i obłęd ;-) - ale mówię Wam, jakie to obłędnie fajne i przyjemne było...
Jakoś nie czułam w ogóle potrzeby odwracania się – jakbym razem z właścicielem tych dłoni milcząco zaakceptowała taką „umowę” :-) On też nie próbował niczego więcej – nie dotykał mojej szyi czy ramion, nie mówiąc o tym, żeby jego dłonie pobłądziły gdzieś dalej... Chyba chwilami bawił się moimi włosami – ale tylko w połączeniu z ciągłym pieszczeniem moich rąk.
Jakoś ogromnie bawiło mnie to, że te dwie moje koleżanki, siedzące tuż obok, po mojej lewej stronie, przez cały czas nie miały pojęcia, co się dzieje... :-)

Nie odwróciłam się w ogóle. Do końca. Do tej przerwy, kiedy zmieniał się zespół, i zabłysły wszystkie światła. Nie odwróciłam się nawet wtedy, podczas przerwy – nie wiem, może chciałam, żeby to takie właśnie zostało?... Tajemnicze, rozkoszne, niezwykłe? W pełnym świetle dłonie odeszły, a ja sama czekałam długo, zanim wstałam i poszłam po colę – chyba żeby dać ich właścicielowi czas na zniknięcie... I – zniknął. Kiedy szłyśmy wszystkie trzy do bufetu – tamte siedzenia były już puste.
Do dzisiaj nie wiem, kto to był, i dlaczego podjął taką niesamowitą, niezwykłą zabawę dotykową ze mną...
Do dzisiaj nie wiem, jakie zamiary – czy jakiekolwiek – miał ten ktoś. Kiedy o tym myślę – wiem, że ja mogłam się tak bawić niezauważona przez moje koleżanki, i przez cały mój rząd krzeseł – ale w jego rzędzie przecież musiał ktoś to widzieć, nawet w ciemności... Może mu to nie przeszkadzało, może jakoś to jednak krył... Nie wiem. Ale po tym wszystkim – zostało mi w środku takie cudowne uczucie, niezwykłego porozumienia, bezgranicznej intymności, najbardziej wyszukanej z możliwych zabaw erotycznych, po prostu – wrażenie fantastycznych pieszczot, najbardziej chyba nietypowych, jakich doznałam.

Chciałabym chyba – a nawet bardzo – żeby jakimś cudownym zrządzeniem losu właściciel tych palców przeczytał to, co tutaj napisałam... Żeby powiedział mi – CZEMU. Czemu tak było, czemu chciał, czemu sprawił mi takie nieziemskie 30 czy 40 minut, i zniknął bez śladu... Czemu zajmował się sprawianiem mi tylko i wyłącznie swoim dotykiem takich doznań i prawdziwej rozkoszy, zamiast bawić się koncertem i gibać na własnym krześle do żywej muzyki?... Tak czy owak – choć wiem, że to nie nastąpi – Tajemniczy Mój Kochanku od Dłoni – dziękuję Ci, za jedno z najbardziej niesamowitych doznań w moim życiu. Które pozostało takie do dziś. :-)
  • awatar DwieWeMnieJednej: d-ość - miło mi ogromnie :) Nie spodziewałam się tak pozytywnych komentarzy... Serio. Dzięki wielkie! :)
  • awatar DwieWeMnieJednej: Bułko - w takim razie ściskam Cię serdecznie i pozdrawiam :)
  • awatar Gość: powiem krótko...świetnie się czyta i na pewno tu wrócę
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Miałam kiedyś praktyki w pewnej Bardzo Ważnej i Szacownej Instytucji.
Chyba już wiecie, że za dnia biegałam po niej ja-dzienna, superprzykładna, idealnie “instytucyjnie” ubrana, poprawna i obowiązkowa (praktyki koniecznie trzeba było zaliczyć ;-)).
Ale... cóż, druga natura gryzła mnie co chwilę w dupę, nie nie mogłam nie patrzeć na facetów w tejże Instytucji, jak... na facetów, potencjalne przygody, że nie chodziło mi po głowie posmakowanie tych ich garniurków, ważnych min, związanie im tych ważnych łapek ich własnymi krawatami po dwie stówy sztuka, i smak czystej uciechy z tego powodu, że DALI się mi omotać i zaciągnąć...

No więc dobra – obserwowały ich te moje nocne oczy przez twarz tej dziennej.
Na dwóch zatrzymałam się dłużej...
Jeden – może o nim teraz - był Trzecim Od Góry Bogiem w tej Instytucji. Po drugie – faktycznie najprzystojniejszym, ¾ babek wzdychało do niego, robiło maślane oczy i kawki plus śniadanka na żądanie, podlizując się i topiąc beznadziejnie, kiedy tylko zaszczycił je jakimś – w swoim stylu – sprośnym żarcikiem...
Bo – fakt, stylu gość nie miał za grosz. O ile wygląd plus ubranie plus zapach plus reszta “imydżu” była nawet i bezbłędna – o tyle zachowanie już miał dość obleśne, wiecie – typowy macho wśród bab, pewny siebie, zblazowany tym ich uwielbieniem i łaszeniem się samiec, pewny swego w ogóle.
Notabene – żonaty, notabene – z wyjątkową suką, chorobliwie zazdrosną.

Pomyślałam więc sobie – koleżko, to ja ciebie zgarnę, nie ty mnie będziesz obmacywał oczami.
I wiecie, ile wystarczyło?... Śmiech na sali – schodziłam kiedyś po schodach w tej naszej Instytucji, z Pierwszym i Drugim Bogiem oraz paroma ich przydupasami, niby-to pogrążeni wszyscy w bardzo ważnej, służbowej rozmowie. On – powiedzmy, Michał – schodził dwa kroki za nami, sam. Widziałam kątem oka, że idąc trzyma rękę na poręczy. Głęboko zagadana z szefami zostawiłam więc moją dłoń na tej poręczy o kilka sekund dłużej, aż spotkała się z jego ręką. I nie cofnęłam jej wtedy, tylko uścisnęłam mu palce. I wystarczyło!.... :-D Nie minęła godzina, jak telefon na moim biurku zadzwonił, i Pan Michał miał do mnie “bardzo ważną” sprawę służbową. Której do mnie - praktykantki - raczej mieć nie mógł... ;-)
Poszłam więc grzecznie do jego gabinetu. Po drodze rozpięłam dwa guziki... No i już był cały mój, ślinił sie niemal, w niby-żartach zaczął pytać, co tam u mnie, nie, nie w pracy – co w życiu osobistym, czy jestem spełniona... Przeszłam więc od razu na “ty”, i zaproponowałam, że powiem, owszem, czemu nie – ale niech też rozepnie dwa guziki w koszuli... Ha, krawat tylko śmignął!... - tak się spieszył z tym rozpinaniem! Podrażniłam się z nim trochę, podśmiewując się z tego, że tak ryzykuje w swojej Ważnej Instytucji – a drzwi oczywiście były cały czas otwarte...
Pieprzyliśmy się już następnego dnia rano w tym jego gabinecie – wiem, wiem, za dnia ja tego nie robię ;-) - ale powiedzmy, że była to głęboka zima, i rankiem było jeszcze całkiem ciemno ;-) Bo - było rzeczywiście.
Wymyślił sobie seks na stojąco, przy ścianie – dość akrobatycznie, jako że ja – jak już mówiłam, 1.60m – a on z 1.90 (nooo, lubię wysokich... ;-)) - więc naprawdę podziwiam go za to, że zdołał mnie przelecieć stojąc cały czas na ugiętych nogach! Ale – udało mu się. Nie wiem, ile zaliczał tak naprawdę panienek czy starszych trucheł z tej Instytucji – ale jakoś strasznie rozśmieszył go widok wypełnionej prezerwatywy po wszystkim – co dało mi do myślenia, że tak naprawdę – to chyba nigdy, albo dawno, takiego widoku nie miał przed oczami. A seksił tylko w domu, z żoną-suką, przy której gumek zakładać nie musiał...
No – tak czy owak – dostałam wyborne zaliczenie tych praktyk – na co on miał niemały wpływ – i nawet nie musiałam uciekać się do tego, żeby przypomnieć mu z delikatnym szantażykiem w tle, że moje obcasy zostawiły tam na tej ścianie BARDZO charakterystyczne ślady.... ;-)
  • awatar Gość: Ożesz, niebezpieczna kobietka z ciebie!... :) Ale lubię takie, zwłaszcza jak mają jeszcze coś w główce, pozdrzawiam!
  • awatar Gość: Wieczorem się lepiej czyta :) No no gratuluje stażu :P
  • awatar Gość: Wszedłem tu przypadkiem w sumie (coś mi powiedziało Twoje hasło... ;-) - też oglądałwm ten serial) - i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Jeden zniewielu blogów, gdzie język jest bardziej niż w porządku, a treść przyciąga. :) Proszę o więcej! :))
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Roberta poznałam w sieci.
Nie ukrywam, że net jest bardzo pomocny w zawieraniu „nocnych” znajomości przez tę drugą moją część mnie... Nic prostszego w sumie, i nic łatwiejszego. Z jednym zastrzeżeniem – trzeba umieć patrzeć, nieć intuicję i po prostu się pilnować, bo szaleńców, zboków i niebezpiecznych typów w niej nie brakuje. A decyzja o przeniesieniu w real podniecających gadek z czatów czy różnych forów może zakończyć się nieciekawie... Jeśli chce się jeszcze pożyć, i to we względnej kondycji.

Roberta zahaczyłam sama. Z powodu jego nicka, ostentacyjnego i prowokującego, już nie pamiętam dokładnie, czy było to „LubięCipki”, czy coś równie genialnego ;-) - ale byłam wtedy akurat wściekła po dość długiej znajomości (czatowo-realnej) z pewnym gorzowskim policjantem, który błyskotliwą inteligencją i ciętym językiem dał mi nadzieję na ciekawe przeżycia, a później... wystawił mnie do wiatru stwierdzeniem, że jednak boi się angażować, że odległość zbyt duża, że on ma stanowisko...
Trafił mnie taki szlag, że dla odreagowania zaczepiłam Roberta – ten przynajmniej nie udawał, że szuka czegoś innego, niż szukał.

Zaczęliśmy gadać o ściśle określonym temacie :-D – otwarcie wyznał, że jest seksoholikiem, wszystko kręci się mu wokół i szuka odważnej i bezpruderyjnej... Moja ciemna strona zainteresował się – choć początkowo wcale nie byłam pewna, że chcę być jego kolejnym doświadczeniem.
Ale – gadaliśmy, spodobało mi się jego takie... skupienie na podejściu do spotkania, wypytał mnie o wygląd, nie ściemniałam – zresztą nigdy nie tego nie robię w sieci, uważam za bezsensowne – i kiedy później jednak okazało się, że było między nami parę mocnych zbliżeń ;-) - było mi po prostu wygodniej, że naprawdę byłam taka, jak mu to opisałam. Nie dodałam sobie miseczki G, ani wzrostu modelki – wiecie, o co mi chodzi.

Ale do rzeczy. Był inteligentny (no, to u mnie niestety ;-) wymóg...), bardzo poważny, szczery do bólu i bardzo nagrzany.
Dla jaj w sumie wypytałam go również o jego wygląd – szczupły, wysoki, brunet, pachnący. To mi zazwyczaj mniej więcej wystarcza :-)
Powiedział : chcę, żebyś wsiadła do mojego samochodu bez jednego słowa, a ja cię zerżnę. Chcę, żebyś miała przezroczystą bluzkę i nie miała majtek.
Śmiałam się trochę z tych jego fantazji, i śmiałam się też później, kiedy jednak szukałam w sklepach tej przezroczystej bluzki...
Bo jednak się zdecydowałam. Może dlatego, że rozmawialiśmy jeszcze nie raz – początkowo na czacie, potem przez mój domowy telefon – coś w nim wzbudziło na tyle moje zaufanie, że dałam mu numer mojej komórki, a nawet domowego telefonu. Nie zawiódł mnie – zgodnie z obietnicą najpierw pisał mi smsa, czy może zadzwonić – a potem gadaliśmy godzinami na jego służbowy rachunek...
Sama nie wiedziałam, czy podoba mi się to, że w pewnym momencie tych rozmów stwierdził : jesteś całkiem inna, niż początkowo myślałem... Coś jakby... zakochuję się w tobie, ale nie chcę tego...
Ja też nie chciałam. Był żonaty, i miał być tylko kolejną przygodą mojej mrocznej połówki.

W końcu – któregoś marcowego wieczora przedzierzgnęłam się grzecznej i spokojnej „pierwszej” - w drugą, w tej przezroczystej kremowej bluzce, która absolutnie nie nadawała się na zakładanie jej w dzień – a już na pewno nie na gołe ciało... I w grafitowej miniówie, szarych pończochach samonośnych z pięknym koronkowym paskiem u góry, czarnej kurtce...
Podjechał równo co do minuty. Mimo, że miał do mnie 80 km... Otworzył mi drzwiczki – ujmujący dżentelmeński gest jak na kogoś, kto chce się pieprzyć bez słowa...
Wsiadłam. Spojrzał krótko, potem przeciągle. Ale w moje oczy ;-)
Pojechaliśmy w miejsce, które wybrałam. Ostatecznie – moja dzienna połowa żyła w tym mieście, i niespecjalnie chciałam, by ktoś rozpoznał mnie przez szybę pieprzącą się na tylnym siedzeniu...

Było ciemno i gwieździście. Nie pamiętam ze szczegółami całej tej trzygodzinnej przygody, ale zostały mi w pamięci co ciekawsze momenty.
Prowadząc sięgnął prawą ręka, żeby sprawdzić brak mojej bielizny. Zsunęłam się na siedzeniu i rozchyliłam uda, żeby mógł się przekonać. Powiedział tym swoim poważnym tonem, zdumiony i chyba zaintrygowany : ależ jesteś mokra.... Ty chyba naprawdę też lubisz seks...

No pewnie, że lubię. Kurewnie nawet. Kto nie lubi?... Mając możliwość go używać?

Powiedział po chwili – mam cały mankiet mokry... Podjaralas mnie – nic nie robiąc!...
Spodobała mu się śliskość moich pończoch, spodobał mu się mój biust - „to są jedne z najładniejszych cycków, jakie dotąd widziałem”... A wiedziałam wtedy już, że on mówi tylko prawdę – wręcz rąbie ją wprost, jaka by nie była.
Rąbnął mi właśnie wcześniej, że nie będzie mi lizał cipy – bo robi wszystko z kobietami, ale to jest rezerwacja dla żony. Chyba o to chodziło. Przytaknęłam, nie ma sprawy. Obejdę się ;-)

Jakoś pozbyliśmy się ubrań, mnie było łatwo – bo jestem drobna, ale on – mocno wysoki. Ale bardzo szybko wylądowaliśmy na tylnym siedzeniu, i zaczęło się. Był ogniem, naprawdę. Poważnym, skupionym, wiedzącym, czego chce – ale też tak pięknie reagującym na moje pieszczoty, na obciąganie mu (jak na swoje szczupłe ciało – był dość solidnie wyposażony przez Naturę – aż mi momentami powietrza brakowało, wypełniał mi całe usta), chętnie poddawał się każdej, nawet najbardziej wyuzdanej jeździe w moim wykonaniu...
Przez szybę zaświecił księżyc. Powiedział : odwróć się, chcę popatrzeć na twoją cipę... So – odwróciłam się, klęknęłam, na czworakach tuż przed jego twarzą, on opierał się o boczną szybę – i patrzył... Rozwarł mnie szeroko, niemal badał moje wnętrze, i co najlepsze – cały czas komentował. Był zachwycony moją cipką, opowiadał mi, co widzi – rozciągając ją i gładząc jej brzegi... Nie powiem, niezłe doznanie. W pewnym momencie nagle westchnął z desperacją, powiedział : kurwa, nie wytrzymam jednak!... - i zanurzył mi się w niej, ustami, językiem, połową twarzy niemal...
Wyoperował mnie tam bosko. Zaczęłam się wić, bo akurat nie tak chciałam dostać orgazmu, ale on nie puszczał, przyciągnął mnie za uda jeszcze bliżej, i po prostu oszalał tam w tej mojej cipuchnie.
Szczytowałam po wariacku, krzycząc i czując, że moje wnętrze niemal zawrzało.
Dałam mu potem rewanż równie dobrym oralem („ja pierdolę, jesteś mistrzynią obciągania”), potem jeszcze sparzyliśmy się na siedząco (no, w końcu był to samochód, a Robert – był długi na 1.85m...), potem od tyłu – wtedy mieliśmy genialny, idealnie równoczesny orgazm – Boże, co to za doznanie!... Uwielbiam tak się zgrać z facetem :-)... Trwało to parę godzin, z drobnymi antraktami na odpoczynek i – myślałam, że padnę!... - gładzeniem mnie po włosach i całowaniem moich palców...

No, niesamowity gość.
Miał to być niby jednorazowy numerek. Następnego dnia Robert ubłagał mnie, i przyjechał znowu :-D To chyba wtedy z nim miałam pierwszy anal – który notabene bardzo mi przypadł do gustu.
Robert w zabawny sposób – będąc rzeczywiście niezłym znawcą seksu – ustalał ze mną wcześniej, czy czegoś chcę, czy nie – i bez mojej zgody nie zrobił nawet jednego ruchu. Bardzo mi się to podobało.
 

 
Siedzę w ciemności, i próbuję sobie przypomnieć, kiedy pojawiło się i zaczęło u mnie to rozdwojenie... Może wtedy, kiedy....?

Ale po kolei.

Na pewno zaczęło się to w okolicach momentu, kiedy w moim życiu pojawili się mężczyźni. Faceci, chłopcy, samce, whatever.
Pierwszy pojawił się gdzieś koło mojej szesnastki, na siłę w sumie – bo dla mnie był jednym z wielu poznanych na imprezie urodzinowej przyjaciółki gostkiem, ale dla mojej rodzicielki okazał się być ideałem stworzonym dla jej jedynaczki, w dodatku – synem dawno zgubionej w Reichu przyjaciółki z młodości... W takiej kompilacji nie miałam szans. Przemo (tu dygresja – imiona będę zmieniać, może któryś z wielu moich facetów nie obraziłby się, czytając tu o osobie – ale ja wolę zostawić im to minimum anonimowości. To wpływ 'tej pierwszej' we mnie...) był miłym aż do bólu szczęk, porządnym facetem, starszym ode mnie o osiem lat, zakochanym na śmierć i amen; prawiczkiem, którego fantazja w łóżku nie wychodziła ponad zasłyszane szczegóły... Po każdym orgazmie miał denerwujący zwyczaj głośno – acz szczerze – się śmiać, co mnie z kolei doprowadzało do lekkiej furii i natychmiast sprowadzało z obłoków własnych doznań na jego podwójne łóżko w południowych Niemczech, gdzie jakiś czas z nim mieszkałam... Niestety, Przemo nie był ani w cząstce tym, czego chciała moja budząca się wtedy druga natura...
I nie był w stanie zaakceptować mojego odejścia.
Czego również nie wyobrażała sobie moja rodzicielka, najbardziej apodyktyczna, autorytarna i dominująca osoba, jaką spotkałam. Może częściowo z buntu przeciwko niej narodziła się moja ciemna strona?...
Nie wiem. Nieistotne.
W czasie „bycia” (bo nie wiem, jak to określić) z Przemem pojawił się Grzegorz. Mój ideał. Ideał każdej jednej laski zresztą, która tylko na niego spojrzała – ale to dla mnie on był tym moim. Najładniejszy chłopak, jakiego widziałam, idealny w każdym jednym szczególe swojej urody – a do tego świetny w środku.
Musiałam całkowicie ukrywać go przed rodzicielką, i wtedy zaczęły się nocne wychodzenia po kryjomu z domu, wracanie nad ranem w pełni szczęścia, które pomagało mi to wszystko utrzymywać w najgłębszym sekrecie.
Ale – Grzesiek odszedł. Zginął. To ciągle zbyt wściekle boli, więc o tym tutaj nie będę pisać.
Pojechałam znowu do tego Reichu, chcąc zapomnieć albo chociaż się znieczulić innym otoczeniem, krajobrazem, odległością...
Przemo był tak beznadziejnie zadurzony we mnie, że z uszami po sobie potulnie przyjął nawet moje warunki - „możemy być kumplami, na nic więcej nie licz”. Wtedy się zgodził; zrobiłby wszystko, bym tylko była przy nim, z nim.
Ale ja się dusiłam. Poza tym – zaczęłam dostrzegać jego emocjonalne popapranie, obsesyjną zazdrość i coraz bardziej chory poziom zaangażowania...
Przydusił mnie tym tak mocno, że w drodze powrotnej do Polski zaliczyłam bez żadnych wyrzutów najprzystojniejszego chłopaka a autokarze...

Miał na imię Bartek (powiedzmy). Usiadł przede mną, a ja – z rozbawieniem wymyślając kolejne nieme sposoby poderwania go - obserwowałam w przerwie między fotelami jego niesamowitą urodę... Był niemal identyczny, jak jeden angielskich znanych wokalistów, ogólnie uważany za ciacho wszechczasów :-)
Na postoju prowokacyjnie usiłowałam odpalić fajkę popsutą przed momentem zapalniczką, a on łyknął to zadziwiająco łatwo, śmiesznie szybko – i pomimo wianuszka lasek usiłujących zrobić to samo, co ja – to mnie zaprosił na swoje stałe miejsce, dokładnie vis a vis wejścia z toaletą, i po nie pamiętam już, jakich tam niewinnych wstępach wiedziałam już, że bosko całuje – tak, jak lubię najbardziej, i tak, jakbyśmy to trenowali od trzydziestu miesięcy :-), a krótko potem – że nosi przemiłą w dotyku czarno-białą bieliznę, podniecony oddycha urywanie ustami, bezbłędnie odpowiada ciałem na moje wyrafinowane pieszczoty, i że jestem w stanie doprowadzić go do finału tylko moimi pięcioma palcami, wcale nie tradycyjnie przesuwając nimi tylko z góry na dół... Spuścił się na własną kurtkę, i cicho, podniecająco śmiał... Jakże to był inny śmiech ;-) Zapytał z zachwytem : gdzieś ty się tego nauczyła?...
Potem jeszcze zaliczyliśmy tradycyjny – acz niewygodny trochę – numerek na tym autokarowym siedzeniu, w nocnej ciszy i wśród uśpionych pasażerów (to sąsiedztwo wyjścia z toaletą okazało się być bardzo korzystne ;-)), a ja z zadowoleniem stwierdziłam, że nawet siedząc na nim, dzięki mojemu 1.60 wzrostu – nie wystaję głową ponad oparcie fotela...
Czy przeszkodziło mi to w wykonaniu umówionego (czytaj : wymuszonego przez Przema) telefonu na kolejnym postoju?... Wcale. Czy pojawił się jakikolwiek cień wyrzutu sumienia?... W żadnej, nawet półcienistej formie. Wręcz odwrotnie – miałam nawet na tyle dobry humor, że byłam w stanie z nim luźno pogadać, pośmiać się – a Przemo został w oddalającej się coraz bardziej Bawarii z przekonaniem, że jednak go lubię, jednak z nim „jakoś” jestem i że moja dzienna twarz jest jedyną istniejącą...
Potem było jeszcze raz. Potem Bartek pocałował mnie słodko, i zasnął kładąc głowę na moich kolanach, a ja – trzeźwa, zupełnie, jakbym nie miała za sobą dwóch całkiem porządnych orgazmów i całkowicie bezsenna – siedziałam, bawiąc się jego włosami, i myśląc w ciemności...
Za dnia, w kraju, który niestety po Reichu wyglądał bardzo szaro i smutno – Bartek usiłował namówić mnie na to, bym wysiadła w jego mieście... „Zaniósłbym cię pod prysznic, i długo, długo byśmy się kochali... A potem położyłbym cię w świeżej pościeli, i długo, dłuuugo byśmy się kochali... No, zgódź się, błagam... Mówię to ja – który nie pomyślałbym, że to powiem...”
Ale – był już dzień. Za dnia ta pierwsza we mnie żyła przecież inaczej... Ja? Do obcego chłopaka? Zresztą – po co?... Nie miałam już ochoty na mocne jazdy, a na związek – hipotetyczny – z Bartkiem tym bardziej. Usiłował mnie przekonać do ostatniej chwili, jeszcze z torbą w ręku w przejściu autokaru... Zapisał mi swój numer (zresztą – wszystkie możliwe numery, łącznie z telefonem w pracy ;-)) na paragonie ze sklepu, bo nic innego nie miał – i tak go zapamiętałam – i tak go widziałam po raz ostatni.
Przy okazji – nie zdradzam tego, z kim jestem, jeśli go kocham. Mimo wszystko. Nawet, jeśli moja nocna natura szaleje... Przemo nie był tym, którego kochałam. I chyba nawet miałam jakąś mściwą satysfakcję – że zemściłam się na nim, za te jego nieporadne manewry łóżkowe, całowanie mojego stanika, zanim go odłożył (rozumiecie – odłożył!!! Nie rzucił, nie pizgnął nim w szale zapamiętania o dywan), kiedy mi go zdjął... Za te różowe maskotki, które czekały na mnie rano na haczykach na ręczniki w łazience, i za to, że usiłował wymusić na mnie, żebym się nie malowała w Polsce, kiedy on jest tam... Chciał mnie zamknąć w swojej własnej złotej klateczce, nie wiedząc, że to jest najgorszy błąd, jaki mu może przyjść do głowy. Nie tylko jemu, komukolwiek. Im bardziej się mnie próbuje przytrzymać, tym szybciej spieprzam. Nierzadko nie patrząc na nic.
  • awatar Gość: Hehe :P No ja bym nie wytrzymała i spotkała się ponownie :) Nawet po latach :)
  • awatar DwieWeMnieJednej: Pozdrawiam Wampirko również :) Właśnie 'Luna' zagląda mi w okno... ;-)
  • awatar DwieWeMnieJednej: Może?... ;-) Chyba ciągle mam ten paragon ;-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zatem – witajcie w mojej jaskini. Tutaj będę wywlekać na światło monitora to, co przeżyłam w tym drugim życiu – bo w tym pierwszym niczego nie muszę sobie układać, próbować zrozumieć czy patrzeć na siebie z niedowierzaniem... W tym drugim – potrzebne mi jest chyba poszukanie jakiejś ścieżki do zrozumienia siebie. Bo – serialowa Laura Palmer jej nie znalazła, i marnie skończyła, jak może wiecie. Bo – szarpała się jednak, a ja do tego punktu nie chcę dojść.
Nie wiem, czy ten blog mi w tym pomoże, ale – spróbować nie zawadzi, prawda?...
 

 
Był kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, taki serial : „Miasteczko Twin Peaks”...
Dla jednych kultowy, inni go nie znosili, jeszcze inni – nic z niego nie rozumieli...

Ale – do czego zmierzam. Otóż – w największym skrócie (choć może niektórzy pamiętają... ;-)) traktował on o nastolatce, która prowadziła, dość skutecznie, dwa życia – w jednym z nich będąc słodką Laurą, miss szkoły, grzeczną córką w kraciastej spódniczce w kontrafałdy, uczynną i chętnie pomagającą bezinteresownie innym, potrafiącą zauważyć dziwnych, niedostosowanych ludzi... A wieczorami i nocami zmieniała skórę, nurzała się w ciemnym oceanie wieloodmianowego seksu, dragów, manipulacji facetami, dreszczujących przeżyć i prowokacyjnych zachowań...
I – co najdziwniejsze – obie te Laury były prawdziwe.

I – tak rzeczywiście może być. Jestem tego najlepszym przykładem. Może nie takim rzadkim – a może David Lynch śnił o mnie, tworząc ten obraz Laury Palmer?... ;-) Tak, jak potem śnił o niej agent Cooper...
Nie wiem.
Wiem, że mam dwa życia – w jednym z nich jestem dobrą na wskroś młodą osobą, altruistyczną , porządną córką, oddaną na śmierć i życie przyjaciółką, fanatyczną obrończynią zwierząt, zakochaną w przyrodzie wielbicielką każdego przejawu jej piękna, etc., etc. ... Mam to grzeczne życie wypisane na twarzy za dnia, kiedy wśród ludzi i w dziennym świetle żyję co najmniej przykładnie.
Ale... przychodzą wieczory i noce. Przychodzi ta druga część doby, kiedy robię rzeczy, których tamta pierwsza za nic by nie wymyśliła, kiedy pociąga mnie wszystko, co zakazane, obsceniczne, wyuzdane i mocne... Kiedy „porządność” zachodzi za horyzont razem ze słońcem, a ja używam tej ciemnej strony życia, robię rzeczy, o których za dnia nie chce pamiętać, kiedy biorę od ciemności pełnymi garściami to, co innych szokuje, odstręcza i gorszy.

Czy mi się to podoba?... Pewnie tak, bo żyję tak już od wielu lat. Czy mnie to zadziwia?... Ciągle. Czy chcę to zmienić? Nieważne, czy chcę – wiem, że się nie da.
  • awatar Gość: No nno... Zapowiada się interesująco ;-) Z checia pzreczytam dalsze przygody... ;-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›